Na warszawskiej giełdzie handluje się nie tylko akcjami i obligacjami, ale także instrumentami pochodnymi – kontraktami terminowymi i opcjami. Warszawa jest najbardziej liczącym się rynkiem instrumentów pochodnych w Europie Środkowo-Wschodniej. Można na nich zbić fortunę, ale można też stracić duże pieniądze. Wszystko zależy od trafności przewidywań.
Materiał pochodzi z portalu www.NBPortal.pl
Kontrakty terminowe i opcje nie są papierami wartościowymi, lecz umowami. Ich cena jednak bezpośrednio lub pośrednio zależy od instrumentów bazowych, którymi mogą być akcje, obligacje, indeksy giełdowe, kursy walut. Rynek instrumentów pochodnych na GPW zorganizowano dziesięć lat temu. Najpierw do obrotu wprowadzono kontrakty terminowe na indeks giełdowy WIG 20, obejmujący kursy 20. największych i najbardziej płynnych, czyli najchętniej kupowanych spółek. Od tego czasu oferta instrumentów pochodnych była wzbogacona, a obroty nimi rosły. Dzisiaj na warszawskim parkiecie handluje się kontraktami terminowymi na indeksy giełdowe, waluty, obligacje skarbowe i akcje wybranych spółek oraz opcjami na indeksy giełdowe i akcje wybranych spółek.
Choć rynek instrumentów pochodnych wymaga większej wiedzy i większej skłonności do ryzyka niż rynek akcji, zawsze przyciągał inwestorów indywidualnych. Instrumenty te mogą stanowić zabezpieczenie się przed ryzykiem związanym z posiadaniem akcji, ale nie jest tajemnicą, że nasi inwestorzy indywidualni pokochali je ze względu na walory spekulacyjne. Inwestowanie w instrumenty pochodne jest grą, i to grą o sumie zerowej. Ktoś musi stracić, by ktoś inny mógł zyskać. Zarabiać można nie tylko na wzrostach, ale również na spadkach. Koniunktura giełdowa nie ma więc wpływu na zainteresowanie tą formą inwestowania.
Kontrakt terminowy to rodzaj zakładu. Kupujący zakłada wzrost instrumentu bazowego w przyszłości, sprzedający – spadek. Wartość kontraktu zależy więc od instrumentu bazowego, a zarobek od trafności przewidywań. Kupujący nie musi mieć dużo pieniędzy, bo nie płaci całej wartości kontraktu, tylko jego niewielką część (depozyt zabezpieczający). Jeśli trafnie przewidział zmianę instrumentu bazowego, może dużo zarobić, bo działa tu tzw. dźwignia finansowa. Pieniądze pochodzą z kieszeni tego, który pomylił się w przewidywaniach. Na warszawskiej giełdzie ciągle najbardziej popularne są historycznie najstarsze kontrakty na WIG 20 (instrument bazowy).
Opcje z kolei pozwalają zarabiać na zmianach instrumentów bazowych przy ograniczonym ryzyku. Na świecie są bardzo popularne, ale na GPW zostały wprowadzone dopiero cztery lata temu. Są opcje typu call (kupna) i opcje typu put (sprzedaży). Kupujący opcję call np. na WIG 20 zarobi, jeśli indeks ten wzrośnie powyżej określonego poziomu. Jeśli zaś kupi opcję put, zarobi, gdy indeks spadnie poniżej określonego poziomu. Strata kupującego jest ograniczona do ceny, jaką zapłacił za opcję. W innej sytuacji jest wystawca opcji. Może ponieść ogromne straty, bo ma obowiązek, a nie jak kupujący prawo, rozliczyć się z zawartej transakcji. Wystawcami opcji są jednak na ogół specjaliści z biur maklerskich i banków, którzy profesjonalnie zajmują się przewidywaniami giełdowej koniunktury i kursów akcji poszczególnych spółek.
Inwestowanie na rynku instrumentów pochodnych nie jest łatwe, wymaga zimnej krwi i trochę zamiłowania do hazardu. To oferta dla tych, którzy nie tylko interesują się giełdą, śledzą notowania, przewidują zmiany, ale również kochają ryzyko.
Małgorzata Pokojska
Copyright by NBPortal.pl





