Nie stać nas na wcześniejsze emerytury lub na takie przywileje, jakie są obecnie. Polska jest nadal krajem na dorobku i poważnie zadłużonym. Blisko 10 proc. budżetu państwa pochłaniają tylko koszty związane z obsługą zadłużenia. W sytuacji, w jakiej znalazły się rynki finansowe – gdzie plasowanie emisji w kraju i za granicą jest trudne – inwestorzy oczekują wyższej stopy zwrotu, czyli musimy im płacić więcej. Funkcjonujący obecnie mechanizm indeksacyjny jest wystarczający, bo w Polsce ludzie zbyt szybko przechodzą na emerytury.
Dlaczego rząd broni się przed obniżeniem akcyzy na paliwo?
Polska żyje na kredyt od wielu lat. Dług w państwie przekroczył ponad 500 mld
zł. Tylko z tego tytułu, że mamy deficyt budżetowy rośnie nam zadłużenie.
Niedobór finansujemy poprzez emisję obligacji, bo środki z prywatyzacji są
znikome. Emitujemy zatem dług. Wydatki na obsługę związaną z jego odsetkami
wynoszą ok. 30 mld zł. Gdybyśmy mieli większe wpływy podatkowe, to deficyt
państwa byłby niższy. Mielibyśmy wtedy mniejszy dług, a co za tym idzie
mniejsze odsetki. Pieniądze wydawane na spłatę odsetek można by było
przeznaczyć np. na cele społeczne czy inwestycje. 30 miliardów złotych to
więcej niż deficyt budżetu państwa. Mówiąc inaczej: gdybyśmy nie mieli obsługi
kosztów zadłużenia, osiągnęlibyśmy nadwyżkę. Czy nas stać na obniżkę akcyzy?
Nie, bo akcyza jest drugim, co do wielkości – po VAT – źródłem dochodu państwa
(trzecim jest CIT, czwartym PIT – przyp. red.). Tymczasem wszystkie wpływy z
podatku PIT idą na odsetki.
Może jednak warto nadszarpnąć budżet, by ograniczyć postępującą drożyznę?
Historia pokazała, że obniżenie akcyzy kilka lat temu nie przełożyło się w
pełni na spadek cen. Marżę wzięli hurtownicy, producenci, etc. Zatem aby w
obniżenie akcyzy było odczuwalne, przy tym wzroście cen, obniżka musiałaby być
bardzo duża. Nie jest też udowodnione, że 100 proc. obniżki przełożyłoby się
na istotną zmianę ceny paliwa. Musimy pamiętać, że akcyza na paliwo jest
kwotowa, a nie procentowa. Gdy rośnie cena to dochody do budżetu nie muszą
rosnąć proporcjonalnie wraz ze wzrostem ceny paliw. Państwa polskiego nie stać
na obniżkę akcyzy. Poza tym nie jest to dobry moment, by taką decyzję podjąć.
Są różnego rodzaju prognozy odnośnie do ceny ropy, począwszy od sugerujących
wzrost do 200 USD za baryłkę aż do spadku ceny do 100 USD. Trudno podejmować
decyzje w takiej sytuacji. Istnieją też opinie, że obecny wzrost cen ropy jest
poniekąd efektem spekulacji. Cena nie zawsze rośnie. W pewnym momencie się
załamuje i bardzo gwałtownie spada. Obecnie wzrost cen ropy niekoniecznie musi
być związany z ograniczeniem podaży. Tą kwestią już zajmują się Kongres
Amerykański i Komisja Europejska.
Czy w sytuacji rosnących cen uda się przywrócić inflację do celu?
To kwestia czasu i kontynuacji restrykcyjnej polityki pieniężnej. Kilka lat
temu przyjęliśmy strategię bezpośredniego celu inflacyjnego, czyli bank
centralny koncentruje się tylko na ścieżce inflacyjnej, a ma jeden instrument
w postaci stóp procentowych. Oznacza to, że im bardziej stopy procentowe są
podnoszone, tym szybciej inflacja – według teorii – powinna powrócić do celu.
Ale nie mamy tylko inflacji i stóp procentowych, bo działamy w otoczeniu
mnogości wskaźników. Jeżeli bank centralny podniósłby stopy procentowe zbyt
gwałtownie, miałoby to negatywne konsekwencje także dla wzrostu koniunktury.
Zatem bank czy Rada Polityki Pieniężnej tak rozważają swoją politykę
pieniężną, by po pierwsze w odpowiednim czasie inflacja zbiegła do celu i aby
proces ten był neutralny dla gospodarki. Tak przynajmniej postrzegam mandat
RPP. Natomiast musimy jeszcze pamiętać o tym, że są też elementy zewnętrzne,
na które nie mamy wpływu. Nie jesteśmy Kuwejtem. Nie wiemy, czy ceny ropy będą
rosły czy spadną, ani jak będą kształtować się ceny żywności. Możemy tylko
zmniejszać deficyt – czyli hamować zadłużenie. Gdyby MF nie musiało sprzedawać
obligacji, mielibyśmy nadwyżkę. W obiegu gospodarczym byłoby więcej taniego
pieniądza, dostępnego dla gospodarstw domowych. Niestety, mamy deficyt, a
banki bardzo często wolą kupić papiery skarbowe, niż udzielić kredytu firmie,
która może np. upaść. W związku z tym, że emitujemy bardzo dużo obligacji w
ciągu roku, poniekąd pochłaniamy ogromną część tego zasobu kapitałowego, który
byłby dostępny, gdyby deficytu nie było.
Czy stać nas na reformę emerytalną?
Nie stać nas na wcześniejsze emerytury lub na takie przywileje, jakie są
obecnie. Polska jest nadal krajem na dorobku i poważnie zadłużonym. Blisko 10
proc. budżetu państwa pochłaniają tylko koszty związane z obsługą zadłużenia.
W sytuacji, w jakiej znalazły się rynki finansowe – gdzie plasowanie emisji w
kraju i za granicą jest trudne – inwestorzy oczekują wyższej stopy zwrotu,
czyli musimy im płacić więcej. Funkcjonujący obecnie mechanizm indeksacyjny
jest wystarczający, bo w Polsce ludzie zbyt szybko przechodzą na emerytury, a
koszty z nimi związane są nieporównywalnie większe niż w innych krajach UE ze
względu na bardzo młody wiek naszych emerytów. Nie stać nas, żeby finansować
emerytury 35-latków czy 40-latków. Tymczasem major w stanie spoczynku po
Wojskowej Akademii Technicznej w wieku 35 lat może przejść na wcześniejszą
emeryturę, chociaż sobie tej emerytury jeszcze nie opłacił. Tyle że z jednej
strony mamy oczekiwanie opinii społecznej, by ograniczać podatki, a z drugiej,
by zwiększać wydatki. Można zdecydować się albo na pierwsze albo drugie. W
przyszłym roku będziemy mieć do czynienia ze zwiększeniem wydatków i
zmniejszeniem dochodów, bo przypomnijmy – z tytułu wprowadzonej reformy
podatku PIT te ostatnie zmaleją nam o 8 mld zł. W związku z tym będziemy mieć
większe pensje, a jednocześnie realizujemy program konwergencji – zmniejszamy
deficyt, bo ograniczamy dług. W tej sytuacji nie wyobrażam sobie przestrzeni
do zwiększenia wydatków.
Służba zdrowia też nie powinna liczyć na większe środki?
Jesteśmy dopiero na etapie konstruowania strony wydatkowej budżetu państwa,
ale są też priorytety. Rząd zerwał ze ślepym patrzeniem typu – każdego roku
wszystkim należy się wzrost o inflację plus coś. Teraz będą działy budżetu,
które nie dostaną więcej, a nawet dostaną mniej. Przedwcześnie, żeby mówić
teraz o tym, które grupy społeczne zyskają, a które stracą. Premier za to
doskonale wie… Minister finansów prowadzi bowiem rozmowy z poszczególnymi
resortami już od marca – od kiedy rząd zaczął opracowywać program
konwergencji. Wiadomo, że nie stać nas na wszystko. Program reform rozłożony
jest na wiele lat. Trudno oczekiwać, aby w jednym roku przeprowadzona została
reforma PIT i zostały zwiększone wydatki.
Gdzie rząd może pójść na kompromis, jeśli chodzi o poprawienie bytu
konkretnych grup społecznych?
Priorytetem rządu – i to będzie kontynuowane – są dwa sektory: zdrowie i
edukacja. Tutaj jest konsekwentny w swoim działaniu, ponieważ już w zeszłym
roku przy okazji nowelizacji ustawy budżetowej wygospodarowano oszczędności,
które poszły na zmniejszenie deficytu, ale także na podwyżki dla nauczycieli.
Czyli można w ten sposób skonstruować budżet, aby deficyt był mniejszy i pewne
cele społeczne zyskały zaspokajane. Ale też niech partnerzy społeczni
zrozumieją, że budżet nie jest z gumy i trudno oczekiwać, dokonania się
wielkiej reformy edukacji czy służby zdrowia, w ciągu jednego roku, bo to jest
niemożliwe. Zwłaszcza, że w ciągu trzech lat wprowadzamy bardzo istotne
reformy podatkowe: najpierw była redukcja stawki rentowej (przez 2 lata),
teraz nastąpi redukcja stawek PIT, a jednocześnie mamy jeszcze ulgę
prorodzinną.
Czy w tej sytuacji wprowadzać euro?
Niedawno została zdjęta z Polski procedura nadmiernego deficytu. To jest duże
osiągnięcie. Procedura była nadana w 2004 r. Przez te ostatnie lata deficyt
sektora finansów publicznych przekraczał 3 proc. PKB aż do roku 2007, kiedy
bardzo dobra sytuacja finansowa i gospodarcza Polski spowodowała, uplasowanie
się deficytu poniżej 3 proc. Na wiosnę została wysłana aktualizacja programu
konwergencji, który pokazał, że rząd jest nastawiony na dalszą redukcję
deficytu. 8 lipca Komisja Europejska zdjęła procedurę nadmiernego deficytu. To
w jakiś sposób przybliża nas do euro. Na pewno jesteśmy bliżej wspólnej waluty
niż jeszcze kilka miesięcy temu, gdy Komisja nas upominała, co trzeba robić,
by redukować deficyt. Teraz mamy go znacznie poniżej wartości referencyjnej,
czyli w pełni spełniamy kryterium fiskalne z Maastricht – dług mamy poniżej 60
proc. i deficyt mamy poniżej 3 proc. Pozostały nam do spełnienia: kryterium
inflacyjne, kryterium stopy inflacyjnej i niestety kryterium kursowe.
Niestety, bo trzeba je spełniać przez co najmniej dwa lata.
{mosgoogle}
Zdążymy z euro przed 2012 r.?
To jest uzależnione od poparcia społecznego. Jeśli politycy zobaczą, że
społeczeństwo popiera przyjęcie przez Polskę wspólnej waluty, to nie będzie
problemu ze zmianą Konstytucji. W tej chwili bowiem pojawia się pytanie, czy
aby nasza Konstytucja nie musi być zmieniona, jeśli chcemy wprowadzić
europejską walutę. Na pewno lepiej jest sobie na nie odpowiedzieć zanim
wejdziemy do ERMII i podejmiemy trud spełnienia wszystkich kryteriów.
Nie obawia się Pani wzrostu cen po ewentualnym wprowadzeniu euro?
Podobne obawy mieliśmy zanim weszliśmy do UE. Rzeczywiście, przed akcesją
wzrosły ceny materiałów budowlanych, artykułów dziecięcych i wielu innych
produktów np. cukru. Inflacja wzrosła, bo po pierwsze w wyniku tych obaw
ludzie intensywniej kupowali, więc ceny poszły w górę. Dwanaście miesięcy
później inflacja gwałtownie spadła, z powodu nieuzasadnionego wzrostu cen. W
przyszłości może być podobnie.
Z Katarzyną Zajdel-Kurowską, wiceminister finansów, rozmawiał Jerzy Mosoń www.GazetaFinansowa.pl
Przejdź do spisu treści serwisu,
Powrót na górę strony
Menu strony porady publikacje blog aukcje kredytowe
{rdaddphp file=wstawki/newsletter.php}





