Uzyskanie kredytu – zwłaszcza hipotecznego – już niebawem może być znacznie trudniejsze. Nie tylko ze względu na echa amerykańskiego kryzysu na rynku nieruchomości, ale również na nie w pełni kompatybilne zasady funkcjonowania instytucji gromadzących i przechowujących informacje o dłużnikach.
Polski rynek kredytów rozwija się dynamicznie, co było widać zwłaszcza na przestrzeni 2–3 minionych lat, kiedy znacząco poprawiła się sytuacja konsumentów. Prawie 2 mln dobrze zarabiających emigrantów oraz sukcesywnie notowany wzrost średnich wynagrodzeń miesięcznych zatrudnionych w kraju, to potężna siła płatnicza. To także duża zachęta do poprawy standardu życia czyniona na poczet przyszłych zarobków. – Oferty banków kuszą, a coraz bardziej upraszczane procedury skłaniają do zaciągania kolejnych kredytów. To jednak spowoduje, że część obecnych kredytobiorców niebawem zmieni się w dłużników – przewiduje Krzysztof Matela, prezes Polskiego Związku Windykacji.
Banki wyostrzą
Nad rynkiem nieruchomości gromadzą się pierwsze chmury przywiane zza Atlantyku za sprawą rozszerzającego się kryzysu amerykańskiego. Na razie wielkiego zagrożenia nie ma – a przynajmniej nie dostrzega go zdecydowana większość analityków.
Ceny nieruchomości nadal rosną, a ich dynamika wyraźnie wyprzedza przyrost dochodów netto konsumentów. Nic więc dziwnego, że konkurujące o klienta banki z reguły postawiły na łagodzenie kryteriów przyznawania kredytów.
– Taka liberalizacja służy zwiększeniu sprzedaży kredytów hipotecznych, ale w perspektywie kliku lat ceny nieruchomości mogą zostać wywindowane znacznie ponad poziom ich realnej dostępności dla przeciętnego klienta banku. Jeśli zbiegnie się to w czasie z osłabieniem koniunktury gospodarczej, to kryzys jest na wyciągnięcie ręki – uważa Andrzej Saniewski, dyrektor AIG United Guaranty w Polsce.
Nie trzeba dodawać, że dla banków byłoby to bardzo nieprzyjemne zderzenie z rzeczywistością, którego zresztą po części już doświadczają, bo dynamika sprzedaży kredytów hipotecznych wyraźnie siadła. A przecież jest to impuls, który będzie
miał przełożenie na wszystkie inne kredyty, przede wszystkim konsumpcyjne. Nie ulega jednak wątpliwości, że dla banków na równi bolesne ze stratą wszelkich marż i prowizji związanych z ograniczeniem puli przyznawanych kredytów byłyby straty spowodowane brakiem spłat rat kapitałowych i odsetek od udzielonych kredytów. Dziś brak terminowych spłat dotyczy około 4 proc. ogólnej liczby kredytów, ale z przeprowadzonych niedawno badań Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych jednoznacznie wynika, iż 6–8 proc. dalszych kredytobiorców tylko z trudem udaje się wywiązać z bieżących płatności kredytowych, zaś dodatkowo prawie co dziesiąty respondent przewiduje kłopoty z ich spłatą już w najbliższej przyszłości.
Wprawdzie nie wszyscy bankowcy zwracają uwagę na podobne opracowania, ale ziarno niepokoju zostało zasiane. Przedstawiciele już prawie połowy banków biorących udział w ostatniej ankiecie Narodowego Banku Polskiego dotyczącej perspektyw rynku wyraziła wolę zaostrzenia kryteriów przyznawania kredytów. Jeśli tak się stanie, wkrótce dołączą do nich pozostałe instytucje finansowe.
Dostęp do bankowych pieniędzy będzie zatem znacznie trudniejszy. Dokładniej prześwietlane będą dochody potencjalnego kredytobiorcy, ich wiarygodność finansowa, a także rzetelność i terminowość spłat dotychczas zaciąganych kredytów. To domena Biura Informacji Kredytowej (BIK) oraz współpracującego z nim InfoMonitora BIG. Dane o dłużnikach, ale już poza sferą ich rozliczeń z bankami, gromadzą w swoich rejestrach także biura informacji gospodarczej (BIG-i).
Konsumenta w dyby
Biuro Informacji Kredytowej gromadzi wszelkie dane dotyczące rachunków kredytowych z około 12 tys. placówek należących do banków i SKOK-ów. Według szacunków bankowych analityków instytucje współpracujące z BIK obejmują ponad 95 proc. całego rynku kredytów detalicznych. Innymi słowy w zasadzie każdy zaciągnięty kredyt, nawet na drobną kwotę, zostaje tam odnotowany, są adnotacje o spłacaniu jego kolejnych rat, a także o braku jego dalszej obsługi. Znacznie mniejszym zapleczem informacyjnym, choć z dnia na dzień jest ono systematycznie uzupełniane, dysponują trzy działające w Polsce BIG-i. Instytucje te gromadzą wszelkie dane o płatnościach zarówno firm, jak i konsumentów indywidualnych, ale nie zajmują się wyszukiwaniem informacji o dłużnikach. One tylko rejestrują dane napływające z firm i instytucji, które mają z danym BIG-iem podpisaną umowę. To one przekazują informacje i mają je weryfikować, natomiast BIG je gromadzi i dzieli się nimi z innymi podmiotami – rzecz jasna pobierając stosowne opłaty.
Umowy z BIG-ami podpisują operatorzy telekomunikacyjni, sieci telewizji satelitarnych lub kablowych, instytucje leasingowe i faktorzy, ubezpieczyciele, dostawcy gazu, elektryczności, wody, firmy świadczące usługi komunalne, spółdzielnie i wspólnoty mieszkaniowe, deweloperzy, inni „sieciowi” usługodawcy, biura maklerskie, firmy zajmujące się obrotem wierzytelności, podmioty gospodarcze. Nie wszystkie długi są jednak rejestrowane. Dla przedsiębiorcy jest to dług o wartości 500 zł, dla osoby fizycznej – 200 zł. Zgłoszenie takich długów obwarowane jest jednak dodatkowym warunkiem – zaległość w spłacie musi wynieść minimum 60 dni. Konieczność podpisania takiej umowy zawęża pole obserwacji i możliwość wyłapywania dłużników, ale tylko z pozoru.
Podpisaniem umowy zainteresowanych jest bowiem coraz więcej instytucji, systematycznie też – i to w geometrycznym tempie – wzrasta liczba opracowywanych przez BIG-i raportów. To dobra wiadomość, bo trzeba dbać o bezpieczeństwo obrotu gospodarczego, a naciągaczy karać z całą surowością albo przynajmniej maksymalnie utrudniać im życie.
Za własne i cudze grzechy
Problem pojawia się jednak wówczas, gdy do rejestru trafi klient, który nie spłacił raty kredytu w terminie, bo chwilowo zabrakło mu gotówki albo miał do wyboru np. zapłacić rachunek za czynsz czy kupić dzieciom szkolne wyprawki, a po przeterminowanej wprawdzie, ale spłacie tych zobowiązań ktoś zapomniał powiadomić o tym BIG i dług nadal figuruje w rejestrze. Albo – co gorsza – gdy dane przekazane do rejestru okażą się nieprawdziwe. To ostatnie wprawdzie należy do rzadkości, ale także się zdarza. I statystycznie zdarzać się może coraz częściej, bo coraz więcej instytucji dzieli się swoją wiedzą o „własnych dłużnikach”. Umieszczenie w rejestrze dłużników jest dotkliwą karą dla wszystkich korzystających z usług finansowych – od kredytów, zakupów ratalnych, po wspomniany już leasing i faktoring, usług telekomunikacyjnych, multimedialnych, wynajmu mieszkania czy lokalu biurowego. Firmy i instytucje świadczące podobne usługi weryfikują zdolność płatniczą potencjalnych klientów i z dużą rezerwą traktują tych, którzy widnieją w rejestrze dłużników. W efekcie albo żądają dodatkowych zabezpieczeń, albo wręcz odmawiają podpisania umowy. – Jesteśmy usługodawcą wobec banków, bo ułatwiamy im podejmowanie decyzji kredytowych, udostępniając informacje o klientach. Oczywiście incydentalnie zdarzyć się mogą pomyłki bankowe, które w efekcie uniemożliwiają wzięcie kredytu solidnym klientom – uważa Maciej Duszczyk, dyrektor Departamentu Marketingu BIK. Tymczasem w przypadkach spornych ani BIK, ani BIG-i nie mają prawa poprawiać danych na wniosek klienta. Dane skorygować może wyłącznie bank lub inna instytucja, która przekazuje je do rejestru. Procedura korekty jest skomplikowana – najpierw klient winien zwrócić się do banku i wyjaśnić zaistniałą nieprawidłowość, a następnie bank dostarczy do BIK skorygowane dane klienta. Jeśli klient zapomni lub nie wie – a to przecież się zdarza – w którym banku mogła wystąpić nieprawidłowość, powinien zgłosić się do BIK z prośbą o raport konsumencki, na podstawie którego ustali nazwę banku i przede wszystkim sprawdzi, jaka nieprawidłowość w jego danych wystąpiła. Następnie, analogicznie jak w poprzednim przypadku, bank dokona korekty danych klienta i przekaże tę informację do BIK.
Meandry nowelizacji
Gdy w 2003 roku wchodziła w życie ustawa o udostępnianiu informacji gospodarczych, uczestnicy rynku już wówczas zgłaszali wiele uwag krytycznych do zawartych w niej rozwiązań. Słuszność sporej ich części potwierdziła pięcioletnia praktyka, toteż nowelizacja ustawy wydaje się niezbędna. Główne propozycje pochodzą z podmiotów bezpośrednio żyjących z dłużników, a więc BIG-ów i BIK. Ale nie tylko. Jest bowiem w ustawie szereg luk, które trzeba – i warto – uzupełnić. Zdaniem specjalistów – choć także i oni toczą zażarte polemiki – przedstawiony przez resort gospodarki projekt nowelizacji ustawy wymaga pewnych zmian i uzupełnień.
– Cieszy fakt, że ustawodawca w projekcie zmian zrezygnował z zamkniętego katalogu instytucji, które mogą przekazywać do BIG dane o konsumentach. Niestety nadal pominięto wiele grup podmiotów, które nie będą miały prawa współpracować z BIG – uważa Andrzej Roter, dyrektor generalny Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych. Są wśród nich wierzyciele wtórni (fundusze sekurytyzacyjne, firmy faktoringowe, firmy windykacyjne), ale także gminy. Brzemienne w skutki może być zwłaszcza wykluczenie funduszy sekurytyzacyjnych jako jednej z grup wierzycieli wtórnych. Taki zapis pozbawi rynek informacji o setkach tysięcy czy nawet w niedalekiej przyszłości milionach konsumentów, których zobowiązania będą sięgały 900 mld złotych – bo taką prognozowaną wartość może osiągnąć saldo kredytów konsumenckich w 2015 roku. Fundusze sekurytyzacyjne oraz inne podmioty emisyjne, nabywając portfele wierzytelności, będą wkrótce dysponować największymi w kraju bazami danych o konsumentach. Ich pozostawienie poza systemem wymiany informacji spowoduje, że realizacja celów ustawy stanie się fikcją.
– Dyskryminowanie windykatorów, bo za takie należy uznać pozbawienie tych podmiotów narzędzia, jakim jest możliwość przekazywania informacji do BIG, wydaje się co najmniej nieuzasadnione – dowodzi Jerzy Bańka, dyrektor Zespołu Legislacyjno-Prawnego Związku Banków Polskich. Nowelizacja ustawy o udostępnianiu informacji gospodarczych powinna też uwzględniać opinie płynące z rynku, które dotyczą rozszerzenia katalogu tytułów wierzytelności uprawniających do wpisywania dłużników do BIG. Obecnie możliwy jest wpis długów z kredytów konsumenckich lub umowy o przewóz osób w regularnej komunikacji publicznej. Zdaniem praktyków to zbyt mało. Brakuje wśród nich między innymi zobowiązań publicznoprawnych, zobowiązań wynikających z wyroków sądowych, dotyczących pracowników, którzy nie otrzymali należnego wynagrodzenia, albo osób nieotrzymujących świadczeń alimentacyjnych oraz wierzytelności przysługujących ubezpieczycielom z tytułu regresu.
– Wiele instytucji działających w Polsce jest w posiadaniu informacji o nierzetelnych konsumentach i firmach, nie mają one jednak możliwości przekazywania ich do BIG. Przyznanie im tego prawa nie tylko zwiększy wiarygodność informacji gospodarczej, ale też i przyczyni się do zwiększenia bezpieczeństwa w obrocie gospodarczym – uważa Mariusz Hildebrand, prezes InfoMonitora
Biura Informacji Gospodarczej.
{mosgoogle}
Długi i odpowiedzialność
Nadrzędnym celem działania wszelkiego rodzaju wywiadowni, agend zajmujących się badaniem kondycji finansowej przedsiębiorstw i konsumentów – w tym także BIK i BIG-ów – jest ochrona obrotu gospodarczego i poprawa jego bezpieczeństwa.
Do tego zaś trzeba upowszechniać społeczeństwu prostą, a nie zawsze i przez wszystkich akceptowaną zasadę, iż zaciągnięte długi bezwzględnie trzeba spłacać. I każda nowa próba takiego edukowania społeczeństwa jest godna najwyższego poparcia.
To zaś oznacza, że przeciwstawianie się prymitywnym przekrętom czy świadomym próbom wyłudzania pieniędzy – a niepłacenie za towar, którym może być kredyt, czy usługę uznać trzeba za takie właśnie działanie – jest jakże istotnym elementem tworzenia uczciwego społeczeństwa. Piszący te wnioski nie jest osobą do tego stopnia naiwną, by nie zdawać sobie sprawy z utopijności podobnych celów. Warto chyba jednak gonić króliczka. Jest jednak rzeczą równie oczywistą, że instytucje gromadzące informacje o rozliczaniu się każdego obywatela z podjętych zobowiązań finansowych nie działają na zasadzie non profit. One pośrednio żyją z dłużników. Toteż reprezentują nie tylko interes ogólnospołeczny, na który się tak chętnie powołują, ale także partykularny. Chciałyby mieć więcej prerogatyw, w większym stopniu kontrolować zachowanie konsumentów i podmiotów gospodarczych. A to już jest co najmniej sporne. Znacznie mniej moich wątpliwości przy okazji nowelizacji ustawy o udostępnianiu informacji gospodarczych budzi natomiast konstatacja o potrzebie wypracowania mechanizmów znoszących ubezwłasnowolnienie konsumenta w przypadku, gdy do rejestru długów trafią błędne informacje na temat jego zadłużenia lub nie zostanie w nich odnotowane spłacenie przez niego zaległych należności. Taka poszkodowana osoba powinna mieć gwarancję naprawienia błędu „z urzędu”, bez zastanawiania się, kto może, a kto nie wykreślić lub zweryfikować nieprawdziwe informacje. Ten postulat nie został jednak zgłoszony w dyskusji o kierunkach zmian ustawy.
Szkoda.
Autor: Marek Matusiak
Tekst ukazał się w magazynie Kurier Finansowy
www.alebank.pl/kurier-finansowy
Przeczytaj również:
Czy potrzebna jest jakość w polskim art bankingu
Rośnie konkurencja dla banków
Przejdź do spisu treści serwisu
Powrót na górę strony
Menu strony porady publikacje blog aukcje kredytowe
{rdaddphp file=wstawki/newsletter.php}





