Finanse osobiste



  • finanseosobiste.pl
  • finanseosobiste.pl
  • finanseosobiste.pl
  • finanseosobiste.pl
  • finanseosobiste.pl
  • finanseosobiste.pl





KANAŁ RSS

Zasubskrybuj nowości w serwisie przez kanał RSS

Zabrakło nam szacunku dla pieniądza

4 marca 2009

Z Janem Krzysztofem Bieleckim, prezesem banku Pekao SA, wyróżnionym przez ?Gazetę Finansową? tytułem Finansisty Roku 2008, rozmawiali Eliza Snowacka i Artur Skoneczko.


?Gazeta Finansowa? wyróżniła Pana tytułem Finansisty Roku 2008. Jakimi cechami w Pana ocenie powinien odznaczać  się dobry finansista? Na pewno dużą pokorą. Bo we współczesnym zglobalizowanym i skomplikowanym świecie będzie nam zawsze brakowało wiedzy. Dlatego tak ważne jest przywiązanie do zasad, a także konserwatywne podejście do ryzyka. Jako jeden z pierwszych ostrzegał Pan przed kryzysem. Na czym opierał Pan wtedy swoje przewidywania?

Tak naprawdę od 2000 r. i kryzysu dotcomów, wzmocnionego jeszcze reakcją na 11
września 2001 r., żyjemy w świecie niezwykle przelewarowanym. A nie używając
terminologii finansowej można powiedzieć wprost: ludzie pokochali życie na
kredyt i wydawało im się, że z roku na rok będzie im wyłącznie coraz lepiej.
Tymczasem nas, Polaków, historia nauczyła przecież, że nie ma dróg na skróty.
Dlatego w 2006 r. byłem już nie na żarty zaniepokojony. Opublikowałem wtedy
tekst, w którym przekonywałem, że powinniśmy nauczyć się bać niebezpiecznych
zjawisk, takich jak zła polityka monetarna czy psucie pieniądza. Nie mogło być
wiecznie tak, że wycena aktywów jest bez znaczenia, bo w razie problemów
wszystko się ?załatwi? polityką pieniężną.

Jak bardzo kondycja polskich spółek córek uzależniona jest od kondycji finansowej zagranicznych central?

Nie chcę generalizować, wolę mówić za siebie. Pekao jest silnym, stabilnym i
przynoszącym zyski bankiem, który jest częścią równie silnej i stabilnej grupy
UniCredit. Grupy, która zamknie 2008 r. na plusie, co jest rzadkością w
przypadku największych europejskich graczy w tak trudnym roku. Poza tym Grupa
UniCredit wspiera płynnościowo sytuację w większości krajów Europy Wschodniej.
Rzecz jasna samo Pekao takiej potrzeby nie ma.

Jakich działań ze strony rządu i banku centralnego oczekują dziś banki, by obronić się przed skutkami kryzysu?

Przede wszystkim w sytuacji globalnego zamieszania i bardzo dynamicznie
zmieniającej się sytuacji trzeba pamiętać, że to, co jest dobre dzisiaj
niekoniecznie musi być wystarczające jutro. Cały czas musimy nadążać za
rozwojem sytuacji i wymyślać kolejne instrumenty stabilizacyjne. Dzisiaj
najważniejsze dla gospodarki jest zwiększenie środków na akcję kredytową. Temu
właśnie służyły postulaty, jakie wystosowaliśmy publicznie na początku
stycznia wspólnie z prezesem PKO BP. Cieszę się, że bank centralny bardzo
szybko na nie zareagował i podjął decyzję o wcześniejszym wykupie
długoterminowych obligacji. Kolejnymi krokami powinno być obniżenie przez RPP
stopy rezerw obowiązkowych oraz długookresowe wsparcie płynnościowe dla
banków. Można go udzielić pod zabezpieczenie zdrowych aktywów bankowych, np.
wierzytelności kredytowych. Na pewno łatwiej byłoby wyjść nam z tej
zawieruchy, gdybyśmy już byli w strefie euro. Wprawdzie sektor bankowy
straciłby przez to część swoich przychodów, ale nasi klienci byliby w sytuacji
o niebo bezpieczniejszej i stabilniejszej.

Czy polskiemu sektorowi bankowemu grozi nacjonalizacja, podobna do tej choćby w Wielkiej Brytanii?

Przede wszystkim żyjemy w czasach systemowego kryzysu, a nie tylko zwykłej
recesji w cyklu koniunkturalnym. Dlatego powinniśmy być gotowi na wszystkie
warianty i niczego nie odrzucać a priori. Dobrze, że rząd przygotował projekt
ustawy dopuszczającej wsparcie kapitałowe dla banków, nawet jeżeli nikt nigdy
nie skorzysta z zapisów tej ustawy. Bo sytuacja polskich banków na tle innych
rynków jest dobra. Z punktu widzenia klienta, który w tej całej układance jest
przecież najważniejszy, forma właścicielska banku jest mniej istotna od
bezpieczeństwa powierzonych środków.

Czy w Pana opinii w gospodarce opartej na liberalnych podstawach jest sens ratować bankrutujące instytucje finansowe publicznymi środkami, czy też może lepiej pozwolić im upaść, by na ich miejsce powstały nowe, oparte na zdrowych fundamentach?

Oceniając rozmaite zjawiska, trzeba pamiętać o ich wzajemnym powiązaniu. Bo
dzisiaj gospodarka to system naczyń połączonych, w których ruszenie jednego
elementu może wywołać efekt domina na drugim końcu stołu. Dlatego tak ważne
jest, żeby w takich czasach jak obecne nie kierować się żadnym dogmatyzmem ani
ideologią, tylko starać się konsekwentnie ograniczać ryzyko i minimalizować
zagrożenia. Powtórzę jedno: zawsze trzeba pamiętać nie tylko o samym banku,
ale przede wszystkim o jego klientach. Przecież bank jest tylko zarządcą ich
pieniędzy.

Sektorowi bankowemu w Polsce coraz częściej zarzuca się utrudnianie dostępu do kredytów przedsiębiorcom. Co Pan o tym sądzi?

My cały czas udzielamy kredytów. Samym korporacjom po kilkaset milionów
tygodniowo, nie licząc segmentu detalicznego, w którym też jesteśmy aktywni
dzięki pożyczkom ekspresowym i kredytom hipotecznym w złotych. Dobrzy
przedsiębiorcy, dobre projekty i dobre biznesplany cały czas mogą i otrzymują
kredyty. Oczywiście, uczciwie muszę przyznać, że z uwagi na wzrost ryzyka,
koszt pożyczenia pieniędzy również jest wyższy niż jeszcze kilka miesięcy
temu. Ale na pewno nie jest tak, jak wieszczą niektórzy, że na rynku
kredytowym panuje susza. Wręcz przeciwnie, obecne czasy weryfikują prowadzoną
przez ostatnie lata politykę kredytową i dają szansę takim bankom, jak Pekao.

Kiedy przewiduje Pan koniec kryzysu?

Właściwie to można powiedzieć tylko jedno. Dopóki kryzys nie osiągnie swojego
dna, dopóty nie będziemy w stanie określić, ile potrwa. Pamiętajmy też, że nie
jest to zwykły kryzys w ramach cyklu koniunkturalnego, jakich mieliśmy wiele w
ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat, tylko potężne załamanie, niemające
swojego precedensu w historii.

Mówi się, że kryzys stał się końcem ideologii neoliberalnej i nieskrępowanego wolnego rynku. Jak będzie ewoluować światowy system gospodarczy?

Jest to kończący erę magicznych metod i dróg na skróty kryzys nowoczesnego
?kreatywnego? kapitalizmu, który ma niewiele wspólnego ze starym systemem.
Różnica między tradycyjnym kapitalizmem, a tym nowym jest diametralna, a
pisałem o niej już w 2002 r.

Otóż w tradycyjnym kapitalizmie, jeśli byłem właścicielem dwóch krów, to
sprzedawałem jedną i kupiłem byka. Tak powstawało moje stado, którym
zajmowałem się do końca mojego życia zawodowego. W czasie tej działalności
stado rozwijało się i mój biznes wraz z nim, a ja co niedziela chodziłem do
kościoła i byłem przykładnym członkiem mojej parafii. W momencie przejścia na
emeryturę sprzedawałem stado i żyłem z wcześniej zgromadzonego majątku.
W kapitalizmie ?kreatywnym?, jeśli masz dwie krowy to udajesz, że masz trzy i
sprzedajesz je swojej firmie notowanej na giełdzie. Do tego celu używasz
akredytywy otwartej przez twojego szwagra w banku, następnie dokonujesz
typowej operacji zamiany długu na kapitał zakładowy, w wyniku czego
otrzymujesz wartość czterech krów. Jednocześnie występujesz o ulgę podatkową,
odpowiadającą wartości pięciu krów. Prawa do mleka przenosisz na Kajmany do
firmy dyskretnie kontrolowanej przez większościowego udziałowca, dzięki czemu
możesz wykazać w księgach posiadanie sześciu krów. Większościowy udziałowiec w
swoim sprawozdaniu stwierdza, że ma sześć krów z opcją na zakup jeszcze
jednej. Sprzedajesz jedną krowę, by wejść w łaski nowego prezydenta Stanów
Zjednoczonych, co pozwala ci wykazać ciągle sześć krów. W ten sposób
rozmnażasz stado bez udziału byka, ale na mocy audytu Andersena. W tym
wirtualnym świecie zapominasz o istnieniu Pana Boga, ale za to często sobie
powtarzasz, że chciwość jest dobrem.

Ostatnio na pewno zabrakło szacunku dla pieniądza, przekonania, że wycena
wartości aktywów odgrywa ważną rolę w polityce makroekonomicznej. Teraz musimy
wrócić do podstawowych wartości w gospodarce, do szanowania pieniądza, a nie
używania go w sposób zupełnie dowolny przez polityków. Poza tym ten kryzys po
raz kolejny potwierdza starą zasadę, że jak Ameryka kicha, to cały świat
choruje na grypę.

Czy wierzy Pan w możliwość powstania nowego Bretton Woods? Czy spisanie nowych zasad kierujących systemem finansowym jest potrzebne?

Myślę, że ten system cały czas się pisze i przetrwa tyle, ile będziemy
pamiętali o ostatnim kryzysie. Dla Unii Europejskiej 2009 r. jest gigantycznym
wyzwaniem, który może potwierdzić zdolność do wspólnego działania krajów
członkowskich i przyspieszenia integracji, ale może też doprowadzić nas z
powrotem do znanych z lat 30. nacjonalizmów i protekcjonizmu państwowego, a
tym samym do erozji integracji europejskiej. W skali mikro rok 2009 i kolejne
będą latami powrotu do sprawdzonych, tradycyjnych produktów bankowych i nie
będzie chętnych do podejmowania nadmiernego, nieuzasadnionego ryzyka, co
niestety w ostatnich latach było bardzo modne. Za bardzo.

Jan Krzysztof Bielecki urodził się 3 maja 1951 r. w Bydgoszczy. Polski polityk, ekonomista. W grudniu 1990 r. powołany na urząd premiera. Po wyborach w październiku 1991 r. złożył dymisję, przyjętą przez Sejm w grudniu 1991 r. W rządzie Hanny Suchockiej minister ds. integracji europejskiej i pomocy  zagranicznej. Od grudnia 1993 r. był przedstawicielem Polski w EBOR. Od 1 października 2003 r. jest prezesem zarządu Banku Pekao SA. Laureat Nagrody Kisiela w 1991 r.

Przejdź do spisu treści 700 porad finansowych zawartych na portalu ,
Przejdź na bloga www.blog.finanseosobiste.pl ,
Przejdź do działu Nowe produkty finansowe

Przejdź na górę strony

www.GazetaFinansowa.pl
logo_gazetaufinansowa

Tagi:

Podobne artykuły :